Wewnętrzna Zosia Samosia i jak ją spacyfikować

Bardzo długo próbowałam robić w swoim biznesie wszystko całkiem sama. Klasyczna Zosia Samosia, człowiek orkiestra, który wierzy, że wszystko zrobi najlepiej. Na szczęście pierwszy rok własnego biznesu był dla mojej Zosi Samosi fantastyczną lekcją pokory, dzięki której udało mi się ją… spacyfikować. 

Co to jest zosio-samosizm?

Zosio-samosizm to przypadłość wielu perfekcjonistów.

Przecież nikt nie zrobi tego lepiej ode mnie, prawda? W końcu ileż to razy nacięłam się na ludzi robiących coś niechlujnie. Ludzi po których później trzeba poprawiać. Ludzi, którzy nie potrafią czytać w moich myślach.

Zosia Samosia albo Człowiek orkietra

Kiedy zaczynałam blogować nie miałam praktycznie żadnych funduszy na start. Kupiłam tylko domenę i hosting, a resztę robiłam sama. Teksty, grafiki, zdjęcia, media społecznościowe. Jak wielu innych blogerów, którzy przeszli podobną drogę, byłam człowiekiem orkiestrą.

I żeby była jasność – dzięki temu podejściu bardzo dużo się nauczyłam. Niejednokrotnie przydało mi się to w życiu i pracy. Np. dzięki temu mogłam sama zaprojektować swoje zaproszenia na ślub, a potem całą weselną papeterię (tabliczki z numerami, usadzenie gości przy stolikach, etc..).

Ale w styczniu 2019 roku mój projekt poboczny “Wild Rocks” wszedł w nowy etap, bo oto proszę Państwa założyłam firmę.

Pierwsze miesiące na swoim

Moje “hobby” szybko zaczęło przynosić pierwsze dochody. Ale ja dalej miałam bardzo BARDZO duże ciśnienie na to, że muszę trzymać koszty możliwie jak najniżej. To wynikało w dużej mierze z moich doświadczeń z dzieciństwa, o których może kiedyś Ci opowiem. Ale dziś nie o tym.

Prowadząc wcześniej swojego bloga byłam przyzwyczajona do tego, że wszystkie rzeczy dookoła swoich projektów robię sama. Grafiki, teksty, zdjęcia czy video. Zresztą – pracując jako UX, też musiałam często działać inter dyscyplinarnie, więc nie było to dla mnie nic nowego.

I tak sobie działałam przez pierwsze 8 miesięcy. Chwilami dostawałam zadyszki od nadmiaru obowiązków, ale cały czas jakoś dawałam radę.

Aż w końcu przyszedł dzień w którym się… zatkałam.

Zadyszka

Wróciłam właśnie z urlopu. Miałam w perspektywie bardzo gorący miesiąc w swojej firmie (premiera nowego produktu, dwie kampanie sprzedażowe), a tu okazało się, że w mojej etatowej pracy mamy mały kryzys, bo dwie koleżanki z zespołu są na zwolnieniu lekarskim, i nie prędko wrócą na pokład.

Pamietam jak wróciłam tamtego dnia do domu, usiadłam na łóżku i stwierdziłam, że mam prze*****e.

Ale jednocześnie… nie chciałam odpuścić. Oczywiście mogłam… ale tak bardzo BARDZO nie chciałam. Więc nie odpuściłam – w końcu gra się toczy, póki piłka jest w grze.

Wirtualna asystentka

Wiedziałam, że istnieją tzw. wirtualne asystentki, więc jeszcze tego samego dnia odezwałam się do pierwszej osoby, która przyszła mi do głowy – do Asi Sidelnikow-Brzozowskiej.

Po jednym spotkaniu na żywo wiedziałam, że to strzał w 10. Zaczęłyśmy współpracę we wrześniu, i to była dla mnie niesamowita ulga i odciążenie w pracy, bo Asia przejęła wszystkie te rzeczy w których jestem kiepska, albo których nie lubię robić.

Uwolnij czas

Z dłuższej perspektywy widzę, że współpraca z wirtualną asystentką uwolniła mój czas na robienie rzeczy, w których jestem naprawdę dobra. Np. w czasie kampanii sprzedażowej nie przepalam energii na odpisywanie na maile tylko koncentruję się na marketingu, nagrywaniu stories. I żeby nie było – odpisywanie na maile klientów (czy potencjalnych klientów) jest ważne! Ale nie muszę tego robić osobiście, w przeciwieństwie do stories, których nikt za mnie nie nagra.

Oddelegowanie części zadań okazało się też bardzo ważne w kontekście rozwijania swojego biznesu po godzinach. We wrześniu mój biznes naprawdę zaczął przyśpieszać, ale wraz z nim pojawiło się też więcej rzeczy do ogarniania. Problem w tym, że ja w tamtym momencie jeszcze nie byłam gotowa na to, żeby przejść na swoje, żeby móc to wszystko ogarniać. Gdyby nie wirtualna asystentka, to albo musiałabym więcej czasu spędzać na odpisywaniu na wiadomości, albo spadłaby jakość obsługi. I tak źle, i tak niedobrze.

Na szczęście pojawiła się Asia, i z jej pomocą mogłam włączyć piąty bieg, bez ryzyka, że zabraknie mi mocy przerobowych.

Specjaliści od zadań specjalnych

Uwolnienie czasu to jedno. Ale coraz częściej widzę, jak dużo daje mi oddelegowywanie różnych tematów na zewnątrz, do ludzi, którzy znają się na tym po prostu lepiej – dzięki czemu ja oszczędzam czas albo pieniądze.

Tak było np. z Asią Inak, która ustawia moje reklamy na FB. Sama nawet nie chciałam się za to brać, bo moje dotychczasowe doświadczenia w tym zakresie były fatalne.

Asię poznałam przy okazji jakiegoś darmowego wyzwania, które organizowała na FB. Już wtedy widziałam, że ma ogromną wiedzę w tym zakresie, i po prostu wiedziałam, że kiedyś nasze drogi się przetną. Latem 2019 roku odezwałam się do niej w sprawie pierwszej kampanii. I znów – intuicja mnie nie zawiodła. Reklamy, które ustawia Asia po prostu działają, a ja sprzedaję swoje produkty nie tylko wtedy, kiedy aktywnie sama je promuje, ale również wtedy, kiedy jestem mniej aktywna na Instagramie.

Podobnie było z kursem Insta Metamorfoza. Kiedy w kwietniu aktualizowałam kurs Insta Metamorfoza, to nawet przez myśl mi nie przeszło, że mogłabym znowu sama robić montaż video. Robiłam to raz rok wcześniej, i było to o raz za dużo, bo po prostu nie znoszę robić montażu, i oglądać siebie na video (zwłaszcza kiedy robię te wszystkie eee… yy… plus cała kolekcja spapranych dogrywek).

Ale! Trzeba wziąć poprawkę na to, że wtedy (w kwietniu 2019) nie miałam jeszcze środków na to, żeby zatrudnić profesjonalistę. Na tamtym etapie platforma do obsługi kursów była dla mnie wystarczająco dużą inwestycją. Ale już rok później, kiedy kurs “zarobił na siebie”, moglam zainwestować te pieniądze w profesjonalistę. Dzięki temu dźwięk na nagraniach jest dużo lepszej jakości, a samo video robi po prostu super wrażenie. I żeby nie było – merytoryka jest dalej ta sama, ale jakość nagrań jest o niebo lepsza.

Zabawne, że inwestowanie w profesjonalistów, pozwala nam oszczędzać czas i pieniądze.
Ot, mały paradoks, który z perspektywy czasu bardzo mnie cieszy.

Zosia Samosia: Podsumowanie

No i co na to moja Zosia Samosia? W obliczu tych niezbitych faktów Zosia po prostu się poddała.
Ale ku mojemu zdziwieniu, nie rozpaczała jakoś szczególnie długo. Dzięki temu, że część tematów przejeli od niej profesjonaliści, dziś może zajmować się innymi rzeczami – takimi które lubi robić i w których jest dobra.

I to właśnie w tym chyba kryje się sekret, tego jak spacyfikować wewnętrzną Zosię Samosię.

A tymczasem, do zobaczenia na Insta

 
Pozdrawiam
Ola Foryś |@wild.rocks